Targ warzywno-owocowy na Maleendahnras nie był miejscem gdzie można by się spodziewać znaleźć komandora Chakotaya a jednak był tam w towarzystwie bardzo podekscytowanego kucharza, ambasadora, doradcy dyplomatycznego lub także oficera ds. morale w zależności od wymagań sytuacji.
- To wspaniałe! Doskonale! Jeszcze kilka sztuk! - wykrzykiwał od czasu do czasu Neelix podbiegając do kolejnych straganów. - Komandorze, proszę na to spojrzeć! Czy to nie cudowne?
Chakotay zacisnął zęby i starając się zachować spokój poszedł za talaksianinem.
- O co chodzi? - spytał bez entuzjazmu. - Kolejna marchewka?
- To, - oznajmił Neelix podsuwając mu pod nos jakąś fioletową gulkę wielkości zaciśniętej pięści, - jest korzeń drzewa gahlamn. Po odpowiedniej obróbce może wręcz nieziemsko poprawić smak mojego gulaszu! Nawet pan sobie nie wyobraża jakie to szczęście, że udało nam się spotkać tutaj badeńskiego kupca. Zwykle nie ruszają się tak daleko!
Komandor wolno odsunął korzeń od swojej twarzy i wbił wzrok w pstrokatą twarz swojego towarzysza.
- Czy to wszystko? - spytał chłodno.
- Jeszcze tylko kilka nasion meoli do hodowli Kes i możemy wracać, - odparł Neelix. - To potrwa chwilkę, momencik!
- Już ja znam te twoje momenciki, - mruknął komandor i poprawiwszy plecak, który zaczynał mu już ciążyć na ramionach ruszył za talaksianinem.
Jego wrażenie, że Neelix ma zamiar wykupić cały zapas warzyw w tej dziurze zaczynał się w nim umacniać. Od blisko dwóch godzin był przeganiany od straganu do straganu a końca tej tortury nie było widać. Co pchnęło kapitan do tak dziwacznego pomysłu jak wysłanie swojego pierwszego oficera na zakupy?!
Komandor skrzywił się obserwując jak Neelix chwyta jakiś brązową bulwę, pociera kilka razy o rękaw i nadgryza. Kiedy talaksianin chwyciwszy się za gardło szybko wypluł z ust kawałki bulwy i zaczął coś krzyczeć na sprzedawcę komandor wybuchnął śmiechem. Widząc jednak mordercze spojrzenie jakie posłał mu zarówno Neelix jak i sprzedawca zamilkł. Wzruszył ramionami i odwrócił się w inną stronę by ukryć uśmiech.
Jego samopoczucie nieco się poprawiło jednak nie na długo. Całe to miejsce działo mu na nerwy. Mógłby przysiąc, że w tym nieustannie kręcący się tłumie obcych widział kilku kazonów. Zdecydowanie nie było to miejsce, gdzie dwójka załogantów Voyagera powinna przebywać samemu.
Odwrócił się do straganu by pogonić Neelixa i zauważył, że ten zniknął.
- Cholera, - zaklął cicho rozglądając się pośpiesznie wokoło. Nigdzie nie mógł dostrzec charakterystycznej czupryny talaksianina.
- Dokąd on poszedł? - spytał sprzedawcę brązowych bulw. - Ten talaksianin, którego obsługiwałeś?
- Obu taa nee! - burknął obcy. - Kashuma quith, mu chopa?
Gdzie są ci wszyscy anglojęzyczni obcy kiedy są potrzebni? - pomyślał komandor i machnąwszy ręką, porzucił próby dogadania się ze sprzedawcą. Talaksianin nie mógł odejść za daleko i nie mógł go niezauważenie minąć więc pozostaje tylko jedna droga. Chakotay ruszył przed siebie, w stronę wieży górującej nad targowiskiem
Odganiając się od dzieciaków ciągnących go za mundur i nachalnych sprzedawców przeszedł kilka kroków kiedy pewien szczegół wpadł mu w oko. Gdziekolwiek się obrócił zawsze w pobliżu widać było jakiegoś mikrusa ubranego w czerwony płaszcz. Albo był śledzony albo te pigmeje były wyjątkowo popularną rasą w tym rejonie. Wątpił jednak czy wszyscy przedstawiciele tego gatunku nosili takie niedorzeczne ubranie na pierwszy rzut oka przypominające wyjątkowo zużyty szlafrok.
Dla pewności postanowił trochę pokręcić się nieco, szukając przy okazji Neelixa. Pięć minut później był pewien dwóch rzeczy. Po pierwsze ten mikrus w czerwonym szlafroku śledził go a po drugie chyba się zgubił. Stragany z warzywami jakoś się skończyły a dzielnica w które obecnie się znajdował nie wyglądała zachęcająco.
Komandor sięgnął po trikoder i odczepiwszy go od paska zrobił w tył zwrot. Tylko cudem nie wpadł na jakiegoś grubego olbrzyma, który wynurzył się przed nim znienacka. Starając się zachować przyjazny wyraz twarzy spojrzał na obcego i odsunął się na bok dając mu wolną drogę.
Kosmita, który z wyglądu przypominał morsa nadął się i pochylił nad komandorem. Chakotay, starając się nie wdychać okropnego zapachu jaki wydzielał obcy odwzajemnił spojrzenie. Przez chwilę dwójka mierzyła się wzrokiem a potem kosmita zaczął się trząść wydając urywane poszczekiwanie.
- Tak, tak cieszę się, że wydaję ci się zabawny ale musze już iść, - mruknął Chakotay.
Obcy jednak nie miał zamiaru wypuścić komandora położył ciężko mackę na ramieniu Chakotaya a druga wskazał na jakieś drzwi. Z odgłosów dochodzących ze środka komandor doszedł do wniosku, że to musi być jakąś knajpa.
- Ehm... Dzięki, ale widzisz, jestem na służbie więc...
- Oba taba mu chopa? - wyszczekał kosmita.
Dwa ostatnie słowa wydały się Chakotayowi znajome. Sprzedawcę brązowych bulw też ich użył. Może to jakaś wersja przyjaznego powitania? Warto spróbować, pomyślał.
- Mu chopa, - powiedział wolno i wyraźnie komandor i wskazawszy na drzwi pokręcił głową. - Nie dzisiaj.
- Ne desaj? - powtórzył z wyraźnym trudem obcy. - Shashaba! Nedesaj, mu chopa! - i dla podkreślenia swoich słów walnął komandora macką w plecy. Nieprzyjemny plask odpowiedział komandorowi z plecaka. Tego już za wiele.
- Nie, nie! Nie nazywam się nedesaj... - zaczął Chakotay ale widząc kompletny brak zrozumienia poddał się. - Spadaj morsie! - warknął tracąc cierpliwość.
Kosmita odsunął się i potrząsną głową co spowodowało, że fałdy wokół jego... można to było określić jako otwór gębowy zawirowały rozsyłając dookoła śluz. Część tego śluzu trafiła na tors Chakotaya, który skrzywił się z nieukrywanym obrzydzeniem. Jednak uniwersalny język obelg okazał się skuteczny i obcy zostawiwszy komandora w spokoju, wtoczył się do knajpy.
Chakotay zsunął z ramion plecak i obejrzał go uważnie. Z dołu kapał jakiś fioletowy sok. Wolał nie zastanawiać się jak wyglądają teraz jego plecy. W tej chwili komandor Chakotay podał się. Uniósł dłoń by wywołać Voayager i zawahał się. Część z śluzu tamtego morsa spłynęła na przypięty do munduru komunikator a ostatnią rzeczą na którą miał ochotę komandor było dotykanie tego obrzydlistwa.
Ten dzień nie mógłby już być gorszy, pomyślał Chakotay i starając się trzymać plecak jak najdalej od siebie ruszył w stronę gdzie jak przypuszczał był targ. Nie przeszedł kilku kroków a natknął się na mikrusa w szlafroku. Kosmita stał na środku uliczki i wbijał w niego swoje małe szczurze oczka. Komandor zatrzymał się i zacisnął dłoń na trikoderze.
W powietrzu dało się wyczyść napięcie. Tłum jakby nieco zrzedł.
Kiedy nagle mikrus sięgnął zza pazuchę swojego czerwonego szlafroka i wyciągnął coś, komandor w ostatniej chwili powstrzymał się przed usmażeniem szczura na miejscu. W wyciągniętej łapce obcy trzymał jakiś pognieciony arkusz papieru.
- Barakha Chakotay! - pisnął.
Hej, jestem sławny, pomyślał mimo woli komandor rozpoznając swoją podobiznę na arkuszu. Potem oprzytomniał. Ten mikrus jest jakimś cholernym łowcą nagród!
- Sam sobie barakha, mikrusie! - warknął Chakotay chwytając szczuropodobnego obcego za poły szlafroka i unosząc go na wysokość swojej twarzy spytał: - No i co teraz mi zrobisz?
Mikrus w odpowiedzi rzucił się na twarzy komandora i z całej siły przywarł do niej pokrzykując cały czas:
- Barakha Chakotay! Barakha Chakotay! Barakha Chakotay!
Zaatakowany komandor z zaczął się szamotać starając się uwolnić od obcego. W trakcie mocowania się strącił równowagę i przewrócił się lądując na czymś miękkim. Czas jakby stanął w miejscu. Zarówno Chakotay jak i obcy w szlafroku znieruchomieli. Mikrus odsunął się nieco od twarzy komandora by sprawdzić na co upadli i prawie udało mi się uciec kiedy w jego kierunku wystrzeliła ręka i złapała go za kar.
Chakotay otworzył usta by podziękować swemu wybawcy kiedy nad nim pojawiła się znajoma pstrokata twarz.
- Komandorze, dobrze się pan czuje? - spytał Neelix głosem pełnym troski. - Naprawdę powinien pan uważać, Maleendahnras nie jest placem zabaw.
- Zdążyłem to zauważyć! - wybuchnął Chakotay podnosząc się z ziemi. - Co to do diabła było?
Talaksianin spojrzał na szamoczącego się obcego, którego nadal trzymał w wysoko uniesionej dłoni.
- To Cushuchama.
- Cashu co?!?
- To zbieracze śmieci. Znajdują porzucone przedmioty, głównie wraki statków, odnawiają je i odsprzedają ze znacznym zyskiem. Współpracowałem z nimi kilka razy, nie są agresywni. Dlaczego go pan zaatakował?
- Ja zaatakowałem jego? - rozeźlił się komandor. - Ta szczurza twarz rzuciła się na mnie bez żadnego powodu!
- Jest pan pewien, że nie chciał się tylko przywitać? - spytał Neelix.
- Znam różnicę między atakiem a przywitaniem się! Stanął mi na drodze, zaczął wykrzykiwać moje imię i prawie wepchnął mi to do gardła! - zagrzmiał komandor i pokazał talaksianinowi pognieciony arkusz, który w czasie szamotaniny upadł na ziemię.
- Barakha Chakotay! - odezwał się znowu mikrus wskazując to na arkusz to na poturbowanego komandora.
- Widzisz! Cały czas to powtarza!
- Ha! - odezwał się Neelix unosząc wysoko brwi. - A niech mnie! - I puścił mikrusa.
Obcy w locie złapał arkusz, zgrabnie wylądował i w ekspresowym tempie przywarł do nogi Chakotaya.
- Czego on chce? - jęknął komandor próbując strzepnąć natręta.
- Upala Barakha Chakotay? - spytał talaksianin rozbawionym głosem.
Mikrus energicznie pokiwał głową i wyciągnął w górę arkusz.
- Chcę pański autograf, - wyjaśnił Neelix.
- Że co?!? - Komandor był tak zaskoczony, że przestał potrząsać nogą. - Mój autograf?
- Wygląda na to, że jest pan idolem tego Cushuchama. Proszę coś mu dać to się odczepi.
- Nie mam najmniejszego zamiaru! Każ mu zejść z mojej nogi!
Jednak Neelix zignorował grzmiącego komandora i zaczął rozglądać się wokoło. Wreszcie dostrzegł porzucony plecak i narzekając na jego stan podsunął go swojemu towarzyszowi.
- Proszę, niech pan zanurzy dłoń w soku z gahlamn i przyłoży ją do tego arkusza.
- Nie ma mowy!
- Chce pan wrócić na Voyagera z tym Cushuchama na swojej nodze?
- No dobra, - syknął komandor i zrobił to co polecił mu Neelix.
Mikrus prawie zemdlał z wrażenia bo odczepił się od nogi Chakotaya i wpatrując się w odcisk dłoni komandora na arkuszu upadł na plecy. Zahipnotyzowanym wzrokiem wpatrywał się w odcisk.
- A teraz szybko zabierajmy się stąd, - rzucił Chakotay przyczepiając do paska trikoder i chwycił Neelixa za ramię.
- Ale nasze zakupy są zrujnowane! - jęknął talaksianin wskazując na trzymany przez siebie plecak.
- Wywołaj Voyagera, natychmiast!
Słysząc desperację w głosie swojego towarzysza Neelix bez zwłoki wykonał jego polecenie i kilka sekund później obydwoje stali już na platformie transportera na pokładzie Voyagera.
- Ani słowa, - uprzedził Chakotay widząc jak usta chorążego Mortona, który pełnił właśnie dyżur przy transporterach otwierają się na widok stanu w jakim powrócił komandor. - A ty Neelix, jeśli jeszcze raz zasugerujesz kapitan aby to mnie wyznaczyła jako twojego towarzysza, to możesz być pewien, że nie wrócisz w jednym kawałku.
- Miałem do wyboru albo pana albo chorążego Kima - zawołał za oddalającym się Chakotayem Neelix. - A wszyscy wiemy co się dzieje kiedy chorąży schodzi na powierzchnie planety!
- Jeszcze jedno, - powiedział komandor przystając w drzwiach. - Co do diabła znaczy to barakha?
- Wypadek.